Menu

Krosno: Były wykładowca skazany za zabójstwo znajomego

Krosno: Były wykładowca skazany za zabójstwo znajomego
Strony nie wykluczają złożenia apelacji. (Fot. Pixabay)
Waldemar B. jest winny zabójstwa swojego znajomego. Sąd Okręgowy w Krośnie wydał wczoraj wyrok w tej głośnej sprawie. Zmienił kwalifikację czynu i zastosował nadzwyczajne złagodzenie kary.

Sąd skazał byłego wykładowcę akademickiego z Rzeszowa na 6,5 roku więzienia. Wyrok jest nieprawomocny. Nadzwyczajne złagodzenie kary sąd uzasadniał faktem, że oskarżony w chwili popełniania czynu miał ograniczoną poczytalność, a do zabójstwa doszło przy obronie koniecznej.

Do zabójstwa doszło w styczniu 2016 roku. Waldemar B. wraz z Piotrem K., pił alkohol w swoim domku letniskowym w Rymanowie Zdroju. Działkę pod budowę domku kupił właśnie od Piotra K. Po północy B. wezwał pogotowie ratunkowe do swojego gościa. Ratownicy stwierdzili, że jego znajomy nie żyje; miał obrażenia głowy. Według prokuratury, między mężczyznami doszło do kłótni i szamotaniny, w trakcie której oskarżony zadał znajomemu 9 ciosów nożem w twarz i szyję, a następnie, gdy ofiara leżała na podłodze, uderzył go taboretem.

Sam Waldemar B., ani w trakcie śledztw, ani przed sądem nie przyznał się do zabójstwa. Twierdził, że K. wpadł w szał i zaczął go dusić. Miał go też atakować metalowym przedmiotem do rozłupywania drewna; wtedy - jak wyjaśniał - chwycił taboret i uderzył nim napastnika. Zapewniał, że nie chciał go zabić. Miał wtedy poczuć zbliżający się atak padaczki (cierpiał na nią po zabiegu usunięcia oponiaka mózgu). Tłumaczył, że gdy się ocknął zobaczył, że jego znajomy nie żyje. Zapewniał, że nie pamięta zadawanych ciosów.

Krośnieński sąd uznał, że Waldemara B. zabił swojego znajomego, pod wpływem alkoholu (ponad 1 promil alkoholu) i przekraczając granice obrony koniecznej. "Oskarżony miał prawo bronić się w sposób, jaki uznał za stosowny. Obronił się w sposób najprostszy z możliwych: zasłonił się ręką, później chwycił ten młoto-klin (przedmiot do rozbijanie drewnianych pieńków – przyp. red.) i po prostu z uwagi nietrzeźwość pokrzywdzonego, mu go wyszarpnął. W tym momencie pokrzywdzony w rękach nie miał już nic" – mówił sędzia Mariusz Hanus.

Dodał, że użycie taboretu w momencie, gdy Piotr K. był już pozbawiony narzędzia którym atakował B., poraniony, krwawiący i nietrzeźwy "należy uznać za przekroczenie granic obrony koniecznej".

Uzasadniając zmianę kwalifikację czynu sędzia uzasadniał, że czym innym jest "szczególne okrucieństwo" w rozumieniu kodeksu prawa, a czym innym w potocznym rozumieniu.

"Niewątpliwie zadanie wielokrotnych uderzeń taboretem w okolice twarzy skutkujących takimi, a nie innymi obrażeniami, w poczuciu społecznym należy i można traktować jako działanie ze szczególnym okrucieństwem. Ale sąd związany jest przepisami prawa i szczególne okrucieństwo w rozumieniu kodeksowym oznacza jednak coś innego" – podkreślał. Wyjaśnił, że w rozumieniu prawa "to zadawanie dodatkowych cierpień przed zabójstwem". Jako przykłady podał m.in. torturowanie, okaleczanie, łamanie kończyn, zasypywanie żywcem.

Prokurator domagał się dla oskarżonego 25 lat więzienia, 10 lat pozbawienia praw publicznych, 150 tys. zł nawiązki dla wdowy i po 100 tys. zł dla synów Piotra K. Jeszcze surowszej kary - dożywocia – chcieli oskarżyciele posiłkowi. Pełnomocnik rodziny K. podkreślił, że ani wcześniej, ani w procesie, nie padło słowo "przepraszam".

Natomiast trzej obrońcy Waldemara B. przekonywali, że w tym przypadku należy przyjąć, że ich klient działał w obronie koniecznej i ewentualnie ją przekroczył. Domagali się aby sąd odstąpił od wymierzenia kary, lub ją nadzwyczajnie złagodził.

Sąd zasądził także łącznie 200 tys. zł zadośćuczynienia dla rodziny Piotra K. (50 tys. dla wdowy i po 30 tys. dla pięciu synów).

Strony nie wykluczają złożenia apelacji.